szach!

księżycowość raz jeszcze

Posted in Czytam by Matylda on 06.08.10

Skończyłam dzisiaj Madame, wcześniej powiedziałam Ani w metrze że Madame jest trochę „w duchu mannowskim”, Aniu, nie wiem czy to czytasz, ale już prostuję co miałam wtedy na myśli. Wbrew pozorom nie była to bowiem myśl bardzo odkrywcza. Otóż chodziło mi o miłość mannowską, sposób jej budowania wyraźnie przywodzi na myśl parę Castorp/Kławdia, mam tu na myśli księżycowość* Madame, bardzo mannowski sposób – z braku lepszego słowa – „uwodzenia” przez prowadzenie intelektualnej gry, z sygnałów bardziej ukrytych francuski w kluczowych momentach a może nawet pisanie ołówkiem. Bardzo dużo jest zresztą aluzji do Manna przekazanych całkowicie wprost. Do innych rzeczy pewnie też, bo taka to książka, i dlatego dla mnie to wspaniała książka; no ale inne rzeczy znam gorzej.

W każdym razie, przez Madame i przez burzę, to o Boże, taką mam ochotę na Szekspira! I taką mam ochotę na opowiadania Manna Manna, zapomnę, że jestem pierwszy raz w życiu na diecie, upiekę bardzo dobre ciasto, będę jeść i czytać, a w sercu moim zagoszczą – księżycowość i jesień! Przez co, niestety, lektura Castorpa przesunie się zapewne na rok przyszły, bo Castorp, bo Huelle to nie jest żadna jesień, to jest zimne nadmorskie lato. Zaprawdę powiadam Wam, wszystkie drogi prowadzą do Czarodziejskiej góry, wokół niej mój świat się kręci i z niej wszystko wyrasta.

* głowy nie dam, ale chyba na Zebrze, przy okazji moich bardzo nieudanych prób wyjaśnienia związku Józefa i jego braci z Wagnerem i kiełbasą, próbowałam zdefiniować „księżycowość” mannowskich kochanek i pięknych chłopców, kiedy na nich patrzę, to wydaję się srebrzyści, północni, prowadzą zawsze grę aluzji literackich, ironizują uroczo, bardzo są piękni i bardzo tego swojego piękna świadomi, podejrzewam że o to mi chodziło. Księżyc, jak to księżyc, poza srebrzystością kojarzy się również z kobiecością, dzikością, Seleno-Hekate, Trójjednią itd., i ta dzikość ukryta też jakoś tych bohaterów, zdaje mi się, cechuje.

przerywnik z roku 1837

Posted in Czytam by Matylda on 31.01.10

„Mam także sziszę czyli nargillę. Jest to rodzaj szklanej lulki, z której się pali tytuń. Składa się z kryształowej butelki, w którą zamiast korka, wkłada się gliniany garnuszeczek na tytuń, potem butelka napełnia się wodą i przyprawiony wąż skórzany wyciąga z niej dym przechodzący przez wodę, która ciągle bełkoce i śpiewa jak słowik gardłujący. Z takich lulek palą wschodnie damy i bardzo im z tym ładnie. Ubran w arabskim płaszczu, siedząc na tureckim dywanie, paląc z wschodniej lulki tak będę ranne wizyty przyjmował”

Czyli czytam o narkotykach (pod podanym fragmentem autor dopisuje, że „o paleniu tytoniu pisze S. wyłącznie ze względu na matkę”, bo wszyscy wiemy, co w garnuszeczku znajdowało się naprawdę i kto w polskim romantyzmie lubił opium, choć pewnie było ich więcej, ale mówimy o sztandardowym opiumiście polskiej literatury, którego kojarzą nawet licealiści), a poza narkotykami czytam o pakcie z Szatanem i seksie z Krasińskim. I szukam tematów do pracy rocznej, choć czas po temu nienajlepszy.

(polecam obczaić link który podałam, można za darmo przeczytać pierwsze 20 stron)
Tagged with:

ehej, jak gwałtem obrotne obłoki

Posted in Czytam by Matylda on 22.01.10

Jak to jest z poczuciem straty (nieodwracalnej)? Można się go kiedyś pozbyć? Poczucie nieodwracalnej straty przeradza się w żal, mówi wikipedia. Moje poczucie straty przerodziło się w strach, bo skoro można stracić coś, to przecież można i stracić wszystko, a skoro straciło się coś, to i resztę się straci. Moja myśl to jest wielki motyw vanitas i w przeszłym życiu musiałam być Sępem.

Tagged with:

***

Posted in Czytam, Myślę by Matylda on 20.01.10

Jakieś niedobre dni są ostatnio. Poniedziałek był dobry, bo mi się przyjemnie czytało Bachtina i to był w ogóle krok milowy w rozumieniu Dosto, a właściwie w zrozumieniu, czemu wypowiedzi bohaterów negatywnych czyta się u niego z tchem zapartym, a pozytywnych – poziewując. Ale wczoraj i dzisiaj to już jakaś masakra. Czuję się sama na tym wielkim świecie, na którym wszyscy mają trylion zadań akurat w dniu, w którym są potrzebni, a ja tu, porzucona, w zadymionym mieszkaniu, bo za zimno żeby wietrzyć, toczę tę moją walkę z szatanem, ciałem i światem w wersji mini, kot wszystkie piłki poturlał pod kanapę, a mnie nie wolno się schylać, od sąsiadów przypełzło do mnie jakieś robactwo, a nie można mówić sąsiadom, że są brudni, że puszczają techno, przez co nie mogę czytać Lucylli, a jeszcze śnił mi się Bóg jako Woody Allen, a raczej Woody Allen jako Bóg, i to nie jest zabawne, tylko prawdziwe, bo ja zawsze śnię prawdę. Chciałabym, żeby moje umiejętności usprawiedliwiały moje mniemanie o sobie, i żeby świat udowadniał mi codziennie to, czego sama przed sobą nie muszę udowadniać. To jest smutne i bardzo osobiste, ale do rozwinięcia.

Tagged with: